„Mnie się to nie przydarzy” Co naprawdę pokazuje raport PIU o ubezpieczeniach na życie i zdrowie

Opublikowano w 25 czerwca 2026 08:47

Zapytaj kogokolwiek, czy ludzie chorują, trafiają do szpitala albo tracą zdolność do pracy – każdy odpowie, że tak, to się zdarza. Ale zapytaj, czy TO JEMU może się przydarzyć w najbliższym czasie, a usłyszysz coś zupełnie innego. Mniej prawdopodobne. Rzadziej. „Mi raczej nie”.

To nie jest przypadek ani indywidualna cecha charakteru. To mechanizm, który psychologowie nazywają nierealistycznym optymizmem – i właśnie jemu poświęcony jest spory fragment najnowszego raportu Polskiej Izby Ubezpieczeń „Świadomość ubezpieczeniowa Polaków 2026”. Wyniki są jednoznaczne: we wszystkich badanych obszarach Polacy oceniają ryzyko zdarzeń negatywnych jako wyższe dla innych niż dla siebie. Konsekwentnie. Systematycznie. Bez wyjątków.

Dla mnie, jako doradcy, który na co dzień rozmawia z ludźmi o ubezpieczeniu na życie i zdrowie, to nie jest abstrakcyjna ciekawostka z raportu. To wyjaśnienie tego, z czym mierzę się właściwie w każdej rozmowie o tych tematach. Bo nikt nie mówi mi wprost „nie obchodzi mnie moje zdrowie”. Mówi raczej „na razie nie myślałem o tym”, „chyba nie jestem w grupie ryzyka” albo „jeszcze mam czas”. To są dokładnie te same zdania, które stoją za liczbami w raporcie.

Sąsiadowi się przydarzy, mnie nie

Raport pokazuje konkretne liczby, które dobrze ilustrują skalę zjawiska. Polacy oceniają prawdopodobieństwo, że będą potrzebować specjalistycznej konsultacji lekarskiej lub badań, na 19% w odniesieniu do siebie – i od razu podnoszą tę wartość do 22%, gdy pytanie dotyczy „innych ludzi”. Podobnie jest z hospitalizacją: 14% dla siebie wobec 18% dla innych. Z potrzebą rehabilitacji: 15% wobec 17%. Z zachorowaniem na poważną chorobę: 14% wobec 17%. Nawet śmierć w wyniku poważnej choroby oceniana jest jako mniej prawdopodobna, gdy pytanie dotyczy nas samych – 14% wobec 16% dla innych.

We wszystkich analizowanych sytuacjach Polacy przypisują wyższe ryzyko innym niż sobie – to wyraźny i systematyczny efekt nierealistycznego optymizmu, a nie przypadkowy szum statystyczny.

Co ciekawe, najsilniej zjawisko to działa tam, gdzie wydaje nam się, że mamy wpływ na sytuację – na przykład przy spowodowaniu wypadku drogowego (12% dla siebie wobec 19% dla innych) czy szkodach wyrządzonych osobom trzecim. Tam, gdzie wchodzi w grę nasza „ostrożność” i „kompetencje”, optymizm jest największy. W obszarze zdrowia – czyli tam, gdzie naprawdę niewiele od nas zależy – różnice są nieco mniejsze, ale wciąż obecne i wciąż systematyczne.

Podobny wzorzec widać przy zdarzeniach zdrowotnych w podróży – obszarze, który wielu osobom kojarzy się wyłącznie z ubezpieczeniem turystycznym, a nie z ochroną zdrowia. Nagłe zachorowanie podczas wakacyjnego wyjazdu, wymagające konsultacji lekarskiej czy hospitalizacji, Polacy oceniają na 11% prawdopodobieństwa w odniesieniu do siebie i aż 19% w odniesieniu do innych. Podobnie wypadek wymagający leczenia za granicą: 12% wobec 19%. To prawie dwukrotna różnica – mimo że mechanizm choroby czy wypadku nie zależy od tego, czy jesteśmy w domu, czy na wakacjach.

Złudzenie kontroli, którego sami nie zauważamy

Raport bada też coś jeszcze ciekawszego: ile kontroli nad ryzykiem deklarujemy, że mamy. I tu pojawia się drugi mechanizm, który tłumaczy, dlaczego tak trudno przekonać kogoś do ubezpieczenia na życie czy zdrowie.

Polacy oceniają, że mają jedynie ograniczony wpływ na zmniejszanie ryzyka zdarzeń zdrowotnych – średnio na poziomie 18–20%. Najniższe poczucie kontroli dotyczy właśnie tego, co boli najbardziej: śmierci w wyniku poważnej choroby (19%), śmierci na skutek nieszczęśliwego wypadku (18%), potrzeby hospitalizacji czy zabiegu operacyjnego (po 19%). Dla porównania, w przypadku utraty pracy – zdarzenia, na które realnie mamy większy wpływ przez swoje kompetencje i decyzje zawodowe – deklarowana kontrola jest wyższa i wynosi 23%. Sami respondenci rozróżniają więc, gdzie mają realny wpływ, a gdzie nie – problem w tym, że tej wiedzy nie przekładają na decyzje ubezpieczeniowe.

A jednocześnie – i to jest sedno problemu – to właśnie te zdarzenia oceniają jako najmniej prawdopodobne dla siebie. Niska kontrola plus nisko oceniana szansa wystąpienia to najgorsza możliwa kombinacja z punktu widzenia zabezpieczenia finansowego. Skoro „i tak nic nie poradzę, a poza tym raczej mi się to nie zdarzy” – po co kupować ochronę?

To dokładnie odwrotna logika niż ta, która powinna kierować decyzją o ubezpieczeniu. Im mniejszy realny wpływ na ryzyko, tym bardziej zasadne jest przeniesienie skutków finansowych tego ryzyka na ubezpieczyciela. Ale mózg liczy inaczej.

Cena tego błędu: 125 miliardów złotych rocznie

Skutki tego mechanizmu psychologicznego nie są abstrakcją. Raport PIU podaje konkretną kwotę: luka ubezpieczeniowa w obszarze zdrowia wynosi 125 mld zł rocznie. W połączeniu z luką emerytalną (75 mld zł) niedoubezpieczenie Polaków sięga ponad jednej czwartej budżetu państwa.

To nie jest problem teoretyczny ani margines statystyczny. To miliony gospodarstw domowych, które w razie poważnej choroby, długiej rehabilitacji czy utraty zdolności do pracy zostają same z kosztami – bo wcześniej wydawało im się, że „to się raczej nie zdarzy, a jeśli już, to komuś innemu”.

Profilaktyka to nie to samo, co ubezpieczenie

Raport pokazuje jeszcze jedną rzecz, która często umyka w rozmowach o zdrowiu. Polacy deklarują wysoki poziom dbałości o profilaktykę: 69% twierdzi, że szybko reaguje na objawy choroby, 60% deklaruje regularne badania zdrowia, 59% – regularną aktywność fizyczną, 56% – zdrową dietę, a 62% – unikanie używek. To dobre nawyki i warto je doceniać.

Problem w tym, że 41% respondentów uważa, iż ubezpieczenie zapewnia wsparcie finansowe, ale jednocześnie aż 11% wprost przypisuje mu działanie zapobiegające samemu zdarzeniu – czyli myli profilaktykę z ochroną ubezpieczeniową. To dwa zupełnie różne mechanizmy. Zdrowy styl życia może zmniejszyć prawdopodobieństwo niektórych chorób, ale nie eliminuje ryzyka wypadku, nagłego zachorowania czy długiej rehabilitacji. Ubezpieczenie nie zapobiega żadnemu z tych zdarzeń – zabezpiecza wyłącznie ich finansowe skutki, wtedy gdy profilaktyka już nie wystarczy. Jedno nie zastępuje drugiego – dobrze działają dopiero razem.

Co Polacy myślą o ubezpieczeniu na życie – i gdzie się mylą

Raport pokazuje też, jak niewielka część badanych rozumie, na czym właściwie polega ubezpieczenie na życie. 39% respondentów uważa ogólnie, że ubezpieczenia są drogie – ale gdy pytanie dotyczy konkretnie indywidualnego ubezpieczenia na życie, ten odsetek spada do 25%, a przy ubezpieczeniu grupowym – do 9%. Innymi słowy: stereotyp „to drogie” jest dużo silniejszy niż realna wiedza o cenach konkretnych produktów.

Tylko 22% badanych wie, że im młodsza osoba w momencie zakupu polisy, tym niższa składka – co oznacza, że niespełna co czwarty Polak rozumie podstawową zależność, która realnie wpływa na koszt ochrony. 15% respondentów wciąż uważa, że ubezpieczenie na życie wypłaca środki wyłącznie po śmierci ubezpieczonego, pomijając możliwość wypłaty np. w razie poważnego zachorowania.

Jednocześnie 28% badanych dostrzega, że ubezpieczenie na życie pozwala utrzymać standard życia rodziny po śmierci żywiciela – co pokazuje, że funkcja zabezpieczająca jest rozumiana, ale wciąż przez mniejszość.

Przekonanie „mnie się nie przydarzy”, przekonanie „to drogie” i niepełna wiedza o tym, co polisa realnie obejmuje – to razem trzy bariery, które najczęściej spotykam w rozmowach z klientami.

Dlaczego Polacy coraz częściej wybierają prywatną opiekę medyczną

Drugi obszar raportu, równie ważny z perspektywy mojej pracy, dotyczy ubezpieczeń zdrowotnych i dostępu do prywatnej opieki medycznej. Tu dane są bardzo wymowne.

Wśród osób, które mają ubezpieczenie zdrowotne, najczęściej wskazywaną motywacją zakupu jest chęć szybszego dostępu do lekarzy i badań – deklaruje ją 42% ubezpieczonych. 34% wprost przyznaje, że ma za sobą doświadczenie długiego oczekiwania na świadczenia w ramach NFZ. 37% wskazuje na zwiększone poczucie bezpieczeństwa i komfortu, jakie daje im polisa. Dla wielu osób ubezpieczenie zdrowotne to nie luksus – to sposób na realne ominięcie kolejek i ograniczeń systemu publicznego.

Z drugiej strony, wśród osób bez ubezpieczenia zdrowotnego najczęstszym powodem rezygnacji jest przekonanie, że skoro płaci się składki na NFZ, to powinna przysługiwać odpowiednia opieka publiczna – tak uważa 41% badanych. 33% wskazuje na zbyt wysoką cenę, 30% na ograniczone zaufanie do ubezpieczycieli, 26% deklaruje, że wystarcza im opieka publiczna, a 25% uważa, że rzadko korzysta z usług medycznych. 17% przyznaje wprost, że brakuje im wiedzy, jak wybrać odpowiednie ubezpieczenie zdrowotne.

Ta ostatnia liczba jest dla mnie szczególnie istotna. Niemal jedna piąta osób, które nie mają ubezpieczenia zdrowotnego, nie rezygnuje z niego świadomie – po prostu nie wie, jak się w tym temacie poruszać. To nie jest brak potrzeby. To brak dobrze poprowadzonej rozmowy.

Co z tego wynika w praktyce

Raport PIU potwierdza coś, co w mojej pracy widzę na co dzień: ludzie nie kupują ubezpieczenia na życie czy zdrowie dlatego, że nie doceniają realnego ryzyka, jakie ich dotyczy – a nie dlatego, że nie obchodzi ich bezpieczeństwo swoje i bliskich. To dwie zupełnie różne rzeczy.

Rola dobrego doradcy nie polega więc na straszeniu statystykami. Polega na tym, żeby pokazać konkretnej osobie, w jej konkretnej sytuacji, ile realnie kosztowałoby poważne zachorowanie, długa rehabilitacja czy utrata zdolności do pracy – i jak niewielkim kosztem miesięcznym można te skutki realnie zabezpieczyć. Dopiero wtedy „mnie się to nie przydarzy” przestaje być argumentem, a staje się tym, czym jest naprawdę – błędem poznawczym, który warto świadomie skorygować.

Zanim powiesz „na razie nie potrzebuję” – sprawdź

Zanim uznasz, że temat ubezpieczenia na życie czy zdrowia Cię nie dotyczy, warto zadać sobie kilka prostych pytań:

  • Czy w razie poważnej choroby moja rodzina utrzymałaby dotychczasowy standard życia bez mojego dochodu?

  • Czy stać mnie na kilka miesięcy rehabilitacji bez wsparcia finansowego z polisy?

  • Czy wiem, ile realnie kosztuje prywatna konsultacja specjalistyczna, badanie obrazowe czy zabieg, gdy nie chcę czekać w kolejce do NFZ?

  • Czy moje obecne ubezpieczenie na życie faktycznie obejmuje poważne zachorowanie, czy tylko wypłatę po śmierci?

  • Kiedy ostatni raz sprawdzałam/em, czy suma ubezpieczenia w mojej polisie nadal odpowiada mojej sytuacji finansowej i rodzinnej?

Jeśli na którekolwiek z tych pytań nie znasz dobrej odpowiedzi, to nie jest powód do niepokoju – to po prostu sygnał, że warto to z kimś przejrzeć.

Jeśli czytasz ten tekst i zastanawiasz się, czy Twoje obecne zabezpieczenie – ubezpieczenie na życie, zdrowotne czy dostęp do prywatnej opieki medycznej – faktycznie odpowiada Twojej sytuacji, a nie temu, co „wydaje się wystarczające” – chętnie to z Tobą przejrzę. Nie po to, żeby sprzedać kolejną polisę, tylko żeby pokazać, jak wygląda Twoje ryzyko naprawdę – nie to oceniane „na oko”, tylko policzone na konkretnych liczbach. Czasem wystarczy 30 minut rozmowy, żeby zobaczyć, gdzie realnie jesteś niedoubezpieczony, a gdzie płacisz za coś, czego nie potrzebujesz.

Raport PIU dał mi coś więcej niż liczby do cytowania. Dał mi potwierdzenie, że problem, z którym mierzę się przy każdym stole i w każdej rozmowie telefonicznej, ma imię i ma skalę – 125 mld zł rocznie tylko w obszarze zdrowia. To nie jest temat na „kiedyś”. To temat na dziś, zanim statystyka przestanie być cudzą historią.

Źródło danych: Polska Izba Ubezpieczeń, raport „Świadomość ubezpieczeniowa Polaków 2026 – wiedza, postawy i doświadczenia”.

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.